Mazurskie Wertepy IV
Klebark Wielki, 8-10.11.2002
Słowo komentarza...
No ogólnie to nie wygraliśmy, ale zajęliśmy 2 i 3 miejsce. Chyba nieźle (ja jestem z wyniku bardzo zadowolony), ale straty w aucie są poteżne (wojna trwa - straty muszą być)! Zabrakło nam kilku pieczątek, do których nawet nie podchodziliśmy bo padł winch. Zresztą w połowie walki pękła lina i większość trudnych momentów ciągnęliśmy się na dość krótkim jej kawałku. Czułem, ze będzie dobre miejsce jak nic (obstawiałem trzecie), bo wiedziałem co robi konkurencja i kto już odpuścił, a my ciągle do przodu. Jednym słowem bardzo udany rajd, dużo pięknego i urozmaiconego terenu, więc jestem zatem zadowolony! Straty: urwany amortyzator wraz z mocowaniem, oberwane gumowe błotniki, winch nie kręci i ma urwaną linę.
Wracaliśmy do domu jakieś 10 godzin, bo początkowo ledwo patrzyliśmy na
oczy, a o po tym, jak "dałem po poboczu" mój pilot zaklął
szpetnie, po czym wysadził mnie sprzed kierownicy. Nie okazał się jednak na
dluzszą metę lepszy ode mnie... Cos dodatkowo zaczeło łomotać z tylu, aż w
koncu Wojtek zamrugał od tylu światłami, żebym stanął. Opowiadał, że z
koła waliło żywym ogniem - to było łożysko koła, a nie jak poprzednio sądziłem
łożysko na ataku (zdjęliśmy wal, bo flansza była wykrzywiona). Oczywiście
most świecił w ciemności, bo rozgrzał się na końcu do czerwoności i dymił,
bo zapalił się torf zalegający na resorze. Było to tuż przed Płońskiem.
Miałem zapas więc wymieniłem go na parkingu BP w Płońsku, posilając się
przy tym w KFC (ostatnie zdjęcie od Wiktora Krzanowskiego). Tyle, ze półośka
była chudsza o parę milimetrów, bo ją skrawanie wykończyło. No i wyszło
na to, ze tak się rozgrzała, że stała się plastyczna i półośka się wygięła,
wiec koło pracuje teraz niezbyt prosto... W ogóle naprawa była
"profesjonalna inaczej", bo obrobiona półoś nie była w stanie
dobrze i pewnie trzymać łożyska. Użyliśmy zatem srebrnej taśmy klejącej,
którą wypełniliśmy ubytki w metalu (!), a łożysko zabezpieczyliśmy
cybantem... W końcu alternatywnie mogliśmy lawetować się do samej Warszawy,
ale my byki!
No to i ja chyba powinienem pochwalić kolegę Darka Zapiska, bo na prawdę dużo
czasu poświęcił (wraz z kolega Niessnerem) na wydobycie mojego auta na jednej
z prób. Wpakowaliśmy się jako pierwsi w spora dziurę (najlepiej widać to na
zdjęciach Pawła Kosa), nieco wcześniej budując wspólnie mostek - Suzuka
lekka wiec poszła na pierwszy ogień. Niestety dość mocno zaryliśmy i przeciągnąwszy
się o metr, winch nie miał siły przepchnąć nas już nawet o milimetr, a
dodatkowo stracił ochotę do rozwijania (niemożliwe było zatem zluzowania
sprzęgła wyciągarki przy napiętej linie). Potem strzeliła lina od wyciągarki,
więc mogliśmy uwolnić się z jej uścisku, ale auto było juz mocno schowane
w ziemi. Kolega Darek ustawił więc swój pojazd tak, aby użyć swojej nowej
wyciągarki X10, ale tylko sunął się w naszym kierunku zamiast choć o
centymetr ruszyć nas z pułapki... Generalnie stracił na nas ze trzy godziny,
gdy mozolnie kopaliśmy górę błota i darni przed autem, a on ściągał nas w
swoim kierunku. W tym czasie powinien już być w bazie, gdzie miał reperować
wymielony most załogi Morawczynski/Niessner, ale nie zostawił nas samych z
problemem. Bardzo mu za to dziękuję, bo dzięki jego pomocy mogliśmy się z
tej dziury wydobyć, naprawić pokrzywione drążki i ruszyć dalej. Oczywiście
ma u mnie krupniak na rozgrzewkę przy najbliższym spotkaniu!